Trzecie dziecko...
Trzecie dziecko Johanna i Helusi dawno odłączyło się od chustki, przeraczkowało obie chałupy, podwórze, ogród i zakamarki, dźwignęło się na nogi i ze stołkiem w objęciach ścigało zapracowaną matkę — nie nazwane żadnym imieniem. Helusia zatrzymywana to tu, to tam, siadała na stołku, przygarniała córeczkę, pozwoliła wypijać matczyne mleko i umykała, dręczona skruchą i obowiązkami. Ciągle jakieś przymusowe zło przeszkadzało zanieść dziecko do kościoła po tamtej stronie wału. Ale w końcu datę ustalono i Helusia ruszyła na penetrację podwarszawskich wiosek w poszukiwaniu żywności. Woreczek u szyi skrywał cały zapas oszczędności, uzyskanych za bimber. Powodzenie skończyło się w drodze powrotnej, w pociągu. Rabusie skonfiskowali wszystko, wśród okropnych wrzasków i razów kolbami, i Helusia z pustymi rękami i rozpaczą w sercu wróciła do domu, gdzie oczekiwało ją tyle par zaciekawionych i wygłodniałych oczu.